Łódź, kurwa! Te słowa Adasia Miauczyńskiego niejednokrotnie rozbrzmiewały mi w głowie podczas przygnębiającej lektury o Stanisławie Terleckim. Pochodzący spod Warszawy reprezentant Polski stał się ulubieńcem fanów Łódzkiego Klubu Sportowego. Kiedy znalazł się na życiowym zakręcie wrócił do miasta włókniarzy i właśnie tam spędził swoje ostatnie lata.
Zgodnie ze stereotypem o lewoskrzydłowych, bohater książki odstawał od przeciętności. Angażował się w sprawy, za które nie przyznawano nagród. Robił to, bo tak nakazywało mu sumienie. Protestował wraz ze studentami. Pieniądze zarobione w Stanach Zjednoczonych wydawał m.in. na sztuczną trawę dla ŁKSu i sprzęt do Centrum Zdrowia Matki Polki. Szczodry był nawet po zakończeniu kariery. Historia z zegarkiem barwnie pokazuje jakim był człowiekiem.






